RSS


[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Trzeba się przestawić na inne myślenie.Materiały wybuchowe działają błyskawicznie, ale bombie potrzebne będą tylko trzy merdnięcia na cały proces detonacji.- Trzy co?- Merdnięcia.- Fromm pomachał dłonią i uśmiechnął się, co czynił rzadko.- Wiesz, co to jest nanosekunda.Jedna miliardowa część sekun­dy, ja? W takim przedziale czasu światło pokona drogę zaledwie trzydzie­stu centymetrów, jak odtąd dotąd - Fromm rozłożył dłonie.Kati pokiwał głową.Rzeczywiście, bardzo krótki czas.- A, właśnie.“Merdnięcie” to dziesięć nanosekund.Światło pokona przez ten czas odległość trzech metrów.Termin wymyślili Amerykanie, w latach czterdziestych.To miał być żart, że niby tyle czasu potrzebuje jagnię, żeby zamerdać ogonem.Techniczny żart.Do czego zmierzam? Zanim upłyną trzy merdnięcia, zanim wiązka światła pokona dziewięć metrów, w bombie rozpocznie się i zakończy cały proces eksplozji.Przez ten ułamek sekundy chemiczny materiał wybuchowy nie zdąży nawet drgnąć, co dopiero wybuchnąć!- Rozumiem - oświadczył Kati, co nie było zupełnie prawdą, i wy­szedł z pomieszczenia, pozwalając Frommowi snuć swoje makabryczne marzenia.Na dworze czekał już Günther.- Jak?- Mam gotową amerykańską część planu - obwieścił Bock.Rozłożył mapę na ziemi i przykucnął nad nią.- Bombę odpalimy tutaj.- Co to za miasto?Bock powiedział Katiemu nazwę.- Ilu ludzi? - zapytał na to komendant.- Na miejscu ponad sześćdziesiąt tysięcy.Jeżeli bomba uzyska plano­waną moc, cała okolica znajdzie się w epicentrum.W sumie możemy liczyć na sto, dwieście tysięcy ofiar.- Tylko tyle? Bomba atomowa i tylko tylu zabitych?- Ismaelu, pomyśl, że to zwyczajna duża bomba.Kati zamknął oczy i zaklął z cicha.Jeszcze minutę temu wysłuchiwał historii o niesłychanych cudach, by zaraz dowiedzieć się czegoś odwrot­nego.Komendant miał jednak na tyle bystrości umysłu, by wiedzieć, że obaj eksperci mają rację.- Dlaczego właśnie tam?Bock przedstawił motywy decyzji.- Pięknie byłoby zgładzić tego ich prezydenta.- Pięknie, ale moglibyśmy sobie tym tylko przeszkodzić.Można oczy­wiście spróbować przemycić bombę do Waszyngtonu, chociaż ryzyko oceniam jako bardzo poważne.Zbyt poważne, komendancie.Mój plan bierze pod uwagę fakt, że mamy tylko jedną bombę i tylko jedną szansę.Nie wolno nam ryzykować wpadki.Dlatego musimy działać tam, gdzie nam najwygodniej.- A niemiecka część akcji?- Z tym nie będzie kłopotu.- Uda nam się? - rzucił Kati, zapatrzony w wypalone słońcem wzgó­rza Libanu.- Powinno.Daję nam sześćdziesiąt procent szans.Nawet jeśli się nie uda, Amerykanie i Rosjanie dostaną za swoje, powtarzał sobie komendant.Pytanie tylko, czy im to wystarczy.Twarz Katiego stężała.Chodziło o jeszcze jedno.Kati wiedział, że powoli umiera.Choroba postępowała raz szybciej, raz wolniej, jak nieubłagany przypływ, który nawet gdy na chwilę opada, nigdy nie osiąga stanu jeszcze sprzed mie­siąca czy roku.Dzisiaj Kati czuł się doskonale, lecz wiedział, jak złudne może być to odczucie.Miał tyle samo szans, by dożyć następnego roku, ile plan Bocka na to, by się powiódł.Czy Kati mógł sobie pozwolić na to, by odejść, nie upewniwszy się, że jego misja zakończyła się nareszcie?Nie mógł, a ponieważ umierał, nie dbał też o to, że umrą także inni.Poza tym, chodziło przecież o niewiernych.Günther to niewierny; gorzej, bo niedowiarek.Marvin Russell nastę­pny, ten to już zupełny poganin.Bock proponował jednak, by zgładzić.na pewno nie niewiernych.Ostatecznie nawet oni są Ludem Księgi, zbłąkanymi wyznawcami Proroka Jezusa i wierzą w jedynego Boga.Inna rzecz, że Żydzi to także Lud Księgi.Tak głosi Koran.Żydzi to duchowi spadkobiercy islamu, takie same dziatki Abrahama jak Arabo­wie.Ich religia była tak podobna.Lecz wojna Katiego z Izraelem nie dotyczyła religii, lecz ziemi, z której Żydzi wygnali jego lud, twierdząc, że kieruje nimi religia, podczas gdy nie o nakazy wiary chodziło.Kati ujrzał nagle wszystkie sprzeczności w swoich poglądach.Jego wrogiem był Izrael.I Amerykanie.A także Rosjanie.Na tym zasadzała się jego prywatna teologia, bo choć uważał się za muzułmanina, nie kierował się w życiu poszanowaniem Boga, niezależnie co sam twierdził na ten temat wobec podwładnych.- Zaplanuj resztę szczegółów, Günther.20ZAWODYW połowie sezonu rozgrywek Narodowej Ligi Futbolu Wikingowie i Szturmowcy nadal prowadzili stawkę.Drużyna z San Diego otrząsnęła się po porażce z Wikingami i tydzień później na własnym boisku dołożyła Indianapolis, czerwonej latarni na końcu tabeli, aż czterdzieści pięć do trzech.Wikingowie musieli natomiast zmagać się długo z nowojorskimi Gigantami, lecz ostatecznie wygrali dwadzieścia jeden do siedemnastu.W trzeciej kwadrze ósmego meczu sezonu Tony Wills przebiegł z piłką tysięczny jard i bez wahania uznany został debiutantem roku.Został też oficjalnym rzecznikiem Ligi na rzecz prezydenckiej Krucjaty Antynarkotycznej (czyli KRAN-u).Wikingowie wyłożyli się następnie w meczu z ze­społem z San Francisco, przegrywając dwadzieścia cztery do szesnastu i w ten sposób doszlusowali do Szturmowców, którzy również wygrali siedem meczów i przegrali jeden.Na szczęście ich najbliższym rywalem mieli być mistrzowie grupy centralnej, Niebiesko-Czarnej, czyli Niedźwiedzie, a tych udało się usadzić wynikiem cztery do trzech.Liga Narodowa dawno zatraciła wyrównany poziom, dzięki czemu jedyne niespodzianki mogli sprawić zawodnicy Delfinów i Piratów, którzy w karneciku balowym zastrzegli sobie taniec ze Szturmowcami na sam koniec sezonu.Wszystko to nie mogło pocieszyć Ryana, sypiającego coraz gorzej, mimo nieustannego zmęczenia, które wydawało mu się już nieodłączną częścią życia.Dawniej, kiedy niespokojne myśli nie pozwalały mu za­snąć, stawał przy oknie i spoglądał na Zatokę Chesapeake, patrząc jak o kilka kilometrów od niego przepływają statki i kutry.Teraz siadywał przy oknie.Czuł słabość w obolałych nogach, a przy wiecznym zmęcze­niu nawet stanie wydawało mu się nieznośnym wysiłkiem.Żołądek prze­wracał mu się od kwasu, który brał się z nieustannego napięcia, olbrzy­mich ilości kawy i alkoholu.Jack najbardziej potrzebował snu, odpo­czynku, dzięki któremu rozluźniłby mięśnie.Twardy sen bez snów po­zwoliłby mu zapomnieć o ciężarze codziennych decyzji.Tęsknił także za ruchem fizycznym i wieloma innymi sprawami.Tęsknił za tym, by znowu poczuć się mężczyzną.Tymczasem jednak nie mógł zasnąć i zadręczał się myślą o porażkach, jakie niosły mu wciąż dni i noce.Jack Ryan zdawał sobie sprawę, jak bardzo nienawidzi go Liz Elliot.Wiedział nawet, co było tego przyczyną, pamiętał przecież ich pierwsze spotkanie, kilka lat wcześniej, w Chicago, kiedy Elliot była w podłym humorze a on sam w nie lepszym.Na przywitanie powiedzieli sobie wówczas kilka przykrych słów.Różnica polegała na tym, że Ryan prze­ważnie zapominał o urazach, podczas gdy Elliot pamiętała je doskonale.Poza tym mogła wmówić prezydentowi, co tylko chciała.Właśnie za jej sprawą rola Ryana w pracach nad Traktatem miała na zawsze pozostać w cieniu.Traktat stanowił tymczasem jedyne prawdziwe osiągnięcie Jacka Ryana poza obrębem CIA [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • wblaskucienia.xlx.pl